poniedziałek, 29 listopada 2010

Machines

Nagadałam się tyle, że jaka ja zajęta jestem i nic dla siebie... a potem się okazuje, że ze szkolnych przerw spokojnie uzbiera się ze dwie godziny na szkicowanie. Że o rysowaniu na wykładach nie wspomnę. I tym sposobem powstał przypadkowy szkic Machine 09, który spodobał mi się na tyle, że postanowiłam zrealizować pozostałe numery. W trakcie są 08 i 01, a i zapewne 02 i 03 doczekają się bardziej ludzkiej przeróbki.

Pewnego dnia dorobię się nawet ideologii. Póki co robię to tylko dlatego, że lubię ciała rozłożone na części. Stąd lalki i stąd roboty.
Gdyby nie poczucie przyzwoitości, Ysa przez cały czas siedziałaby jako nagi kadłubek.

niedziela, 21 listopada 2010

czwartek, 18 listopada 2010

stoic Kenny is unimpressed



Prawdopodobnie uważa, że powinnam pracować, a nie zajmować się pierdołami.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Sandra



Normalnie starannie maskuję wszystkie swoje notatki na marginesach rysunków

ale

To uczucie, gdy wydaje ci się, że wreszcie masz fajny schemat kolorystyczny dla postaci i nagle widzisz, że Touhou ;f


I właśnie dlatego jutro na przerwie spróbuję znowu i wtedy ewentualnie opowiem o co chodzi, bo to ciekawa rzecz.

niedziela, 14 listopada 2010

Ranty ranty

A więc konkurs wygrał cykl kubistyczno-abstrakcyjnych, można rzec nawet onirycznych (niektórzy wola określenia "telefoniczne", "przypadkowe" lub też "dupek namazał mi penisa w zeszycie") szkicowych rysunków o metaforycznym tytule. I może mój wewnętrzny prymitywny cham nie burzyłby się nawet aż tak bardzo, gdyby nie to, że cała ich komputerowość zamyka się w marnie narzuconej teksturze linoleum i doklejonych zdjęciach pośladków. Okraszonych światłym komentarzem organizatorów, którzy odrzucili 40% prac: "Niektórzy uważają, że jak mają komputer, to tworzą grafikę komputerową. Tymczasem trzeba pomysł rozwijać pod jakąś ideę lub pod wrażenia estetyczne. I robić to świadomie a nie pozwalać aby zdominowała nas technologia."

Mój wewnętrzny prymitywny cham ryczy z rozpaczą dokładnie to samo co dwie notki temu.

środa, 10 listopada 2010

South Park Style

Spójrzmy prawdzie w oczy, każdy z nas ma jakieś Guilty Pleasure. Dla niektórych to casualowe gierki, animu-moe-shit albo Lady Gaga. Dla mnie... fandom South Parku. South Park, jako serial sam w sobie, jest zdecydowanie w moim top 3, ale to co dopełnia jego przyjemność, to ponad 7000 opowiadań na samym fanfiction.net, dziesiątki tysięcy fanartów i kolekcjonowane z pietyzmem trivia. W liczbach tych mieści się wszystko, od niepoprawnego humoru po boleśnie dosłowne yaoi. Moim osobiście ulubionym elementem jest tzw. fluff. Jest to coś takiego, co w sposób zupełnie niewytłumaczalny (a chciałabym wiedzieć, jak to działa) napełnia tak wielkim ogromem ciepła i szczęścia, że ma się ochotę wydrapać sobie wnętrzności.

I pewnie nie byłoby w tym nic za bardzo wykraczającego poza zwyczajowe ramy estrogenowego szaleństwa (każda kobieta lubi małe kotki i bobaski, co nie?), gdyby nie to, że wciąż mówimy tu o bandzie przeklinających 9-latków, utaplanych w krwi, wymiocinach i popkulturze. Rozwiązanie? Po pewnym okresie kontaktu z fandomem (a u mnie to już ponad dwa lata (!)) wytwarza się coś w rodzaju "pojmowania alternatywnej rzeczywistości". Najlepiej chyba określić to jako canon kontra fanon. Fanon nie tyle zapełnia dziury w canonie czy buduje na nim, ale raczej tworzy własną niezależną wizję, pozwalającą się mentalnie odciąć od oryginału. To już zupełnie inne postacie, w innym uniwersum, z własnymi stereotypami i cechami charakterystycznymi. Przykład: wszyscy wiedzą, że Kyle ma zielone oczy. Nie z serialu, więc skąd?
That's fanon for ya.


Gorzej, jeżeli w którymś kolejnym fanficu Cartman robi się nagle szczupły i romantyczny...

PS z 14.11: Skoro już zrobiłam wielki coming out, to śmiało dodaję nowy tag, który odtąd będzie mieścił mój rozbuchany fangirlizm: geje. Dlaczego geje? Nie ma miejsca na ani jedną dziewczynę...

środa, 3 listopada 2010

That is all



W każdy wolny dzień spędzam przy tablecie po 10-11 godzin dziennie i trochę mi już się robi.