poniedziałek, 26 grudnia 2011

Ostatnie

W ostatnich tygodniach zrobiłam dwa arty prezentowe.
Jeden dla nowopowstającej telewizji internetowej rzeczywiscie.tv
Drugi, w ramach świątecznej wymiany, dla Martyny, która rysuje, a także z pasją dziara.

niedziela, 11 grudnia 2011

Dream Time #1

Studiuję obecnie na czwartym roku grafiki użytkowej, co oznacza, że najwyższa pora ubiegać się o jakiś naukowy tytuł. Nie wiem jaki i małe ma to dla mnie znaczenie. Bardziej zależało mi, żeby czegoś się nauczyć i podciągnąć swoje umiejętności, co jak sądzę, w jakimś stopniu mi się udało.

Bardziej jako ciekawostka niż faktyczny sprawdzian, Before And After meme:


Pierwsza praca powstała na początku 2009 roku, czyli po pierwszym semestrze. Druga pod koniec 2011, czyli podczas semestru siódmego. Powtórzę to jeszcze raz, gdy już dobiję wieku magisterskiego.

A co do licencjatu.
Aby rozlegle opisać podłoże teoretyczne i merytoryczne, jeszcze przyjdzie pora. Na razie taki niedopracowany teaser, który wraz z tytułem pracy powinien dać zorientowanym jakieś pojęcie o tematyce.

niedziela, 4 grudnia 2011

Rozkmina

Tak mi w sumie przyszło do głowy, że powinnam zacząć pisać też o filmach, serialach i ksiażkach, bo to dla czytelnika dużo bardziej relatable. And whatnot.
A najlepiej pisać w formie małych pasków, które potem ktoś będzie kradł, wycinał podpis i wrzucał na kwejka.
Ale cierpię na chroniczne niedowartościowanie i wydaje mi się, że nic ciekawego nie opowiem. Może zamiast tego małe portretowe fanarciki? Zwłaszcza w przypadku książek będzie zabawnie.

To brzmi jak dobre ćwiczenie.

sobota, 3 grudnia 2011

czwartek, 24 listopada 2011

W międzyczasie

Nie mam pojęcia kiedy się w końcu zbiorę i zrobię porządny, obszerny wpis. A już mnie to trochę boli.

W międzyczasie moja nowa-stara gorąca miłość, czyli Joy na ciałku Arii. Poważnie zaczęłam rozważać pozbycie się swoich pierworodnych na rzecz drugiej takiej hybrydy... gdyby nie fakt, że DiM brzydzi się moimi pieniędzmi i nie sprzedaje pojedynczych główek MSD.

niedziela, 6 listopada 2011

Licorice

Wooo, moja Ghoulia jest skończona. Za wyjątkiem tego, że siedzi na półce naga, bo nie mam pomysłu na stroje.

Teraz nazywa się Licorice i jest mądrzejszą siostrą Bubblegum.
Muszę też powiedzieć, że podoba mi się od niej bardziej.

wtorek, 25 października 2011

Na biało


Anabelle doczekała się czyszczenia i restringu. Podwiązałam gumę i teraz skrzypi, aż miło. Przy okazji po raz kolejny spostrzeżenie, że uwielbiam lalki w kawałkach, chyba nawet bardziej niż te w całości. Może kiedyś postawię w kolekcji samotny kadłubek ze smutną twarzą?

Przy okazji też przebrałam i z wielką radością zdołałam wcisnąć jej kopyta w nowe buty. Miały być dla ciałka Ariadoll, które dziś opłaciłam, ale skoro się da, to tylko tym lepiej.

piątek, 14 października 2011

Bubblegum 2


Bardzo cierpię z powodu tego, że mój aparat wszystkie czerwienie i róże fotografuje na pomarańczowo.

wtorek, 11 października 2011

Bubblegum WIP

Dałam się zarazić tą potworną chorobą, jaką są mattelowskie Monster High.
Bubblegum nie jest jeszcze skończona, i na pewno nie jest ostatnia.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Back to

whatever, i don't care.

Trochę odżyłam. Zdałam sobie sprawę, że pomimo robienia wielu rzeczy, nie robię nic stricte plastycznego i postanowiłam to naprawić.
(Kolejna) praca z ładną panienką bez tła i kontekstu powinna mnie rozruszać. Tym bardziej, że prace nad grą przybierają jakąś bardziej materialną formę (i kij, że jest to kompletnie inny pomysł) i mam w perspektywie trochę roboty.

Jako bonus dorzucam lineart zrobiony pół roku temu, który zamierzałam pokolorować, ale nigdy mi nie wyszło. No i czuję się na chwilę obecną bardziej lalkowo niż robocio.


Do czasu, aż będę mieć lalkę-robota.

PS. Czy ktoś rozpoznaje ten wygląd, czy też za mało spamowałam? Pospamuje niedługo.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Just look at the time

Niewiarygodne, wróciłam 3 tygodnie temu i wciąż się lenię tak, głównie przy Demie, że mi się nic aktualizować nie chce.
Ani wrzucać zdjęć.
Ani rysować.
Ani skanować narysowanego.


Szczęśliwie chociaż na dollfowanie mam jeszcze trochę chęci.

środa, 27 lipca 2011

Bandwagon czyli HP WIP


Minęły dokładnie dwa tygodnie od premiery "Deathly Hallows pt. 2" a więc i dwa tygodnie odkąd je obejrzałam. Miałam szczęście z datą, bo dzięki temu dane mi było doświadczyć tego w ogromnym (ponoć największym, ale wiary nie daję) IMAXie 3D. Nie wiem na ile to kwestia umiejscowienia, bo trafił mi się fotel nr 1 w przedostatnim rzędzie, ale jedynym świadectwem, że film faktycznie jest w trójwymiarze był rozdwojony obraz.
Gigantyczny, krystaliczny i piękny, ale jednak płaski.

W zamian za to oszczędzono mi jednej rzeczy, której nienawidziłam w tych filmach: polskiego dubbingu. Może było to znośne do trzeciej części, but then shit got real i dorośli mówiący poważne rzeczy kreskówkowymi głosami byli kompletnie niedorzeczni.

No i Alan Rickman. Boże Drogi, głos Alana Rickmana.

Swoją drogą sceny ze Snape'em były highlightem całego filmu. Napięcie przed Bitwą było budowane po mistrzowsku, ale kulminacja wypadła dla mnie zaskakująco płasko i pobieżnie. A przecież w ten właśnie moment powinni byli wsadzić absolutnie każdy możliwy trik i dolar na efekty.
Podobało mi się, że było krwawo. Ta część nie jest dla dzieci, opowiada o wojnie, a na wojnie nikt się nie bawi w pojedynki i ogłuszanie.


Ten kawałek pracy, który zdobi nagłówek, siedział we mnie już od paru miesięcy. Tak naprawdę zamierzałam to skończyć przed premierą, a może nawet przed wyjazdem, ale zawsze coś innego mnie rozpraszało i tak dupło. Wciąż jestem pełna nadziei.
Motywem przewodnim jest to, co zawsze najbardziej zwracało moją uwagę w całej historii Harry'ego Pottera - jego relacja z Czarnym Panem. Relacja sprawiająca, że to dużo więcej niż banalne "dobrzy czarodzieje kontra śmierciożercy". Szósta część jest moją ulubioną właśnie dlatego, że pokazuje proces "wzrastania" Voldemorta i jak wiele jest między nim a Harry'm podobieństw i powiązań.

Napisałabym dłuższą tyradę, ale znów jestem wykończona. Dlatego właśnie wciąż nie posunęłam się z tą pracą do przodu, mimo, że mam całkiem wolne wieczory.

niedziela, 24 lipca 2011

Sydney przypadkowo

Parę zdjęć, bo znowu nic nie chce mi się pisać.
Fotograf ze mnie żaden, ale staram się być chociaż poprawna.


Wszystkie czarne punkty, które widać w wodzie to surferzy. Australijski "outdoor living" to nie stereotyp, jeżeli nie leje się wiadrami z nieba, każdy park i plaża są pełne aktywnych ludzi.



W Royal Botanic Garden jest kawałek dosłownie wyładowany nietoperzami. Latają nad głowami w biały dzień, a więcej jest ich niż ptaków.

Opera House nie jest ani w połowie tak interesujący jak to reklamują.

To ten most, który nie jest słynny.

Kolejka jednotorowa kursująca nad/wokoło centrum. Fajna rzecz, ale raczej turystyczny gadżet, bo cała miejsc ma mniej niż w jeden wagon w tramwaju.

A jutro spędzam cały dzień z obcymi ludźmi w Blue Mountains.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Dużo czerwonych kamieni

Bo z tego głównie składa się Australia.

To jest Ayers Rocks zwany także po aborygeńsku Uluru. Zdjęcia w całości niepotrzebne,bo każdy wie jak ten kamulec wygląda.
Ciekawostka: podejrzewa się, że to co wystaje to zaledwie jedna trzecia, lub nawet jedna piąta całości. Jak lodowiec w oceanie.





Następne w kolejności były The Olgas, Kata Tjuta. Przebyliśmy siedmiokilometrową trasę, częściowo dookoła, częściowo wśród. Pomiędzy największymi kamieniami znajduje się przełęcz Valley of the Wind, znana z tego, że piździ tam nieziemsko bez żadnego powodu.





And last but not least, Kings Canyon. Dla mnie osobiście najciekawsze z tych miejsc, wysokie na ponad 300m urwiska, które obchodzi się dokładnie przy krawędzi (rim walk). Na zdjęciach niestety nie ma nawet śladu tej ogromnej przestrzeni, którą się tam czuje.




czwartek, 14 lipca 2011

Wróciłam z wyprawy spowrotem do Sydney, ale niech mnie jeśli mi się chce robić reportaż.

Idę jutro na Pottera i jest to o wiele bardziej absorbujące.

piątek, 1 lipca 2011

Znikąd


Parę migawek z tego jak wygląda Australia od środka.
Pierwsze to roślinność porastająca wszystkie pustynne tereny. Jeden rodzaj terenu, chaszcze, drzewka, piaski, zazwyczaj ciągnie się setki kilometrów.
Drugie to jedno z wielu wysychających słonych jeziorek. I mówiąc słone, mam na myśli taką ilość soli, że zostaje ona potem grubą białą warstwą.
Trzecie to już jedno z rest areas, rozsianych wzdłuż całej, mającej tysiące kilometrów trasy - Adelaida-Darwin. To środek niczego, a i tak kłębią się tam setki zwykłych, polnych, europejskich (a przynajmniej przywleczonych przez europejczyków) myszy. Podczas spaceru uciekają spod stóp, a w koszach wręcz falują.


Zwiedziłam też dwie kopalnie opali, parę kamieni znalazłam, wspięłam się na Ayers Rock i przekroczyłam granice trzech stanów.