niedziela, 26 czerwca 2011

Chinatown/Darling Harbour

Pozwiedzałam mały kawałek centrum.

A dokładniej Chinatown


Gdzie znajduje się wielki bazar Paddy's Market, pełen tanich ciuchów, chińskich akcesoriów i wspaniałych zabawek:


Oraz dużo smacznych azjatyckich knajp, których kuchenna autentyczność może budzić trochę wątpliwości.


Zaraz obok Chinatown znajduje się Darling Harbour.



A pomiędzy Tumbalong Park.

piątek, 24 czerwca 2011

Po pierwsze

Póki co zwiedzam tylko suburbię, bo do city jest stąd godzina drogi.
Architekturą i topografią jestem zachwycona, biedota na państwowym zasiłku mieszka tutaj w domkach, które w kraju uchodziłyby za letniskowe o niezłym standardzie, i to także uwzględniając lokalizację.

Ale to co wywiera największe wrażenie w tym pięknym, prosperującym kraju to PIEPRZONE GIGANTYCZNE ROBACTWO.


Patrzcie na tego sukinsyna. Jest wielki na dobre 7-8cm, a jego pajęczyna jest grubości nici. To pod nim? Drugi taki sam potwór, zamordowany i gotowy do pożarcia. Ten oto tłusty kanibal i tak zostanie uznany za niegroźnego malucha, jaki czasem pojawia się w łazience. Bo tak w ogóle, robaki w chałupie nie są niczym niezwykłym, i nie chodzi tu bynajmniej o małe skorki czy rybiki.

A wracając do architektury.
Niemal wszystkie domy w tej dzielnicy są zbudowane według tego samego schematu: tylko parter, płaski dach, duże okna. Bez piwnic i fundamentów, bo pod warstewką ziemi jest lita skała, często też bez garażu, jeden obok drugiego. Lokalizacja nad wodą jest droższa, więc tam pojawia się i piętro, dostępne jedynie bogaczom.

Fuck those rich assholes and their magic ocean backyards

Ten domek na dole po prawej? Ktoś ma garaż wyłącznie na łódkę.


A tak przy okazji, tu jest zima. Czasem zdarza się nawet szron. Wszystkim odmarzają pośladki, gdy chodzą w swoich cienkich bluzach przy 20 stopniach.

Nie wiem kiedy zacznę zwiedzać centrum, bo od poniedziałku dwa tygodnie podróży "karawanem", ale mam parę miejsc już upatrzonych.

czwartek, 23 czerwca 2011

Jest 23 czerwca, godzina 22:31

i przebywam w Sydney, zmęczona.
Chyba jednak zdecyduję się poddać zmianie czasu i spać.

niedziela, 19 czerwca 2011

Itatastic!



Na licznych i bardzo długich przeglądach zajęłam się rysowaniem lolit. Ostatnio jakoś dużo przebywam wśród kokard i halek, zapewne dlatego, że widmo wysmarowanych farbą i cuchnących terpentyną pracowni jest już przeszłością. No i miałam nadzieję na skorzystanie z Sydney Chinatown, póki nie okazało się, że wszystkie ceny w Australii są podbite o minimum 1/4 w stosunku do reszty świata. What the hell, AUD kosztuje tyle co USD, to nie ma żadnego sensu.



Art, który męczę trzeci tydzień i chyba już nigdy nie domęczę do końca.

A wracając, naszedł mnie pomysł i ochota, aby porysować lolit więcej. A dokładnie to komiks. Być może dość hermetyczny. Bardziej w poważnym tonie, czego w community chyba jeszcze nie było. Nie do końca osobisty. Ale, jakkolwiek debilnie by to nie brzmiało, falbanki miały duży wpływ na moje obecne ja i chciałabym opowiedzieć jaki konkretnie i dlaczego.
I na czym w ogóle polega noszenie dziecięcych ciuchów i nazywanie się jak kochanka pedofila.

Albo mogę porobić też zabawne paski, których nie zrozumie nikt spoza egl i cgl.
Może przetłumaczę, jak już go wykończę, bo jeszcze wymaga trochę pracy, a dziś jest już późno.

czwartek, 16 czerwca 2011

Astralia rar

Do wylotu pozostał mniej niż tydzień i nagle zdałam sobie sprawę z ciężaru tego faktu.

Zabieram ze sobą aparat i laptopa (oraz szkicownik, jeżeli zdążę kupić nowy), więc od czasu do czasu pewnie wrzucę co ciekawsze rzeczy, które widziałam. Nowe tagi i posty kompletnie niezwiązane ze sztuką!
Póki co można oglądać relację przygotowaną przez Dema, również z moim udziałem.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Joy



Ostatnio zdarzyło mi się coś, czego właściwie nie robię. Spontaniczny zakup.
Trafiłam na jedyny group order na główki normalnie sprzedawane wyłącznie z ciałkami.
I zdecydowałam się w ciągu jednego dnia.

Nie żałowałam wtedy i nie żałuję jeszcze bardziej gdy dotarła dwa tygodnie później. Laia jest doskonałą mieszaniną urody, brzydoty i przerysowania. Żadne zdjęcia nie oddają świetnej rzeźby i jej dziwacznego uroku. Trochę otępiała, trochę rozmarzona.

Jest w niej coś takiego, co kazało mi zdecydować się na stylizację bardziej określoną niż "ładna lalka" - spuchnięte, zmęczone oczy połączone z lekkim, nieprzytomnym uśmiechem. Widzę w niej dziewczynę śmiertelnie chorą, majaczącą, otumanioną morfiną. Dla dodanej ironii nazwałam ją Joy, aczkolwiek raczej jako skrót od Joyce czy też Joycelyn.

Maźnęłam sobie na szybko, czy to co wymyśliłam w ogóle się sprawdzi i myślę, że jak najbardziej. W tej chwili czekam na "burgandowy" wig, który zapewne i tak dojdzie dwa dni po moim wylocie i będę czekać półtora miesiąca jak na szpilkach. A potem będę tak czekać na ciałko, bo nie dość, że cztery głowy na jedno ciało to trochę przesada, to Laia i tak się gryzie odcieniem.