środa, 27 lipca 2011

Bandwagon czyli HP WIP


Minęły dokładnie dwa tygodnie od premiery "Deathly Hallows pt. 2" a więc i dwa tygodnie odkąd je obejrzałam. Miałam szczęście z datą, bo dzięki temu dane mi było doświadczyć tego w ogromnym (ponoć największym, ale wiary nie daję) IMAXie 3D. Nie wiem na ile to kwestia umiejscowienia, bo trafił mi się fotel nr 1 w przedostatnim rzędzie, ale jedynym świadectwem, że film faktycznie jest w trójwymiarze był rozdwojony obraz.
Gigantyczny, krystaliczny i piękny, ale jednak płaski.

W zamian za to oszczędzono mi jednej rzeczy, której nienawidziłam w tych filmach: polskiego dubbingu. Może było to znośne do trzeciej części, but then shit got real i dorośli mówiący poważne rzeczy kreskówkowymi głosami byli kompletnie niedorzeczni.

No i Alan Rickman. Boże Drogi, głos Alana Rickmana.

Swoją drogą sceny ze Snape'em były highlightem całego filmu. Napięcie przed Bitwą było budowane po mistrzowsku, ale kulminacja wypadła dla mnie zaskakująco płasko i pobieżnie. A przecież w ten właśnie moment powinni byli wsadzić absolutnie każdy możliwy trik i dolar na efekty.
Podobało mi się, że było krwawo. Ta część nie jest dla dzieci, opowiada o wojnie, a na wojnie nikt się nie bawi w pojedynki i ogłuszanie.


Ten kawałek pracy, który zdobi nagłówek, siedział we mnie już od paru miesięcy. Tak naprawdę zamierzałam to skończyć przed premierą, a może nawet przed wyjazdem, ale zawsze coś innego mnie rozpraszało i tak dupło. Wciąż jestem pełna nadziei.
Motywem przewodnim jest to, co zawsze najbardziej zwracało moją uwagę w całej historii Harry'ego Pottera - jego relacja z Czarnym Panem. Relacja sprawiająca, że to dużo więcej niż banalne "dobrzy czarodzieje kontra śmierciożercy". Szósta część jest moją ulubioną właśnie dlatego, że pokazuje proces "wzrastania" Voldemorta i jak wiele jest między nim a Harry'm podobieństw i powiązań.

Napisałabym dłuższą tyradę, ale znów jestem wykończona. Dlatego właśnie wciąż nie posunęłam się z tą pracą do przodu, mimo, że mam całkiem wolne wieczory.

niedziela, 24 lipca 2011

Sydney przypadkowo

Parę zdjęć, bo znowu nic nie chce mi się pisać.
Fotograf ze mnie żaden, ale staram się być chociaż poprawna.


Wszystkie czarne punkty, które widać w wodzie to surferzy. Australijski "outdoor living" to nie stereotyp, jeżeli nie leje się wiadrami z nieba, każdy park i plaża są pełne aktywnych ludzi.



W Royal Botanic Garden jest kawałek dosłownie wyładowany nietoperzami. Latają nad głowami w biały dzień, a więcej jest ich niż ptaków.

Opera House nie jest ani w połowie tak interesujący jak to reklamują.

To ten most, który nie jest słynny.

Kolejka jednotorowa kursująca nad/wokoło centrum. Fajna rzecz, ale raczej turystyczny gadżet, bo cała miejsc ma mniej niż w jeden wagon w tramwaju.

A jutro spędzam cały dzień z obcymi ludźmi w Blue Mountains.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Dużo czerwonych kamieni

Bo z tego głównie składa się Australia.

To jest Ayers Rocks zwany także po aborygeńsku Uluru. Zdjęcia w całości niepotrzebne,bo każdy wie jak ten kamulec wygląda.
Ciekawostka: podejrzewa się, że to co wystaje to zaledwie jedna trzecia, lub nawet jedna piąta całości. Jak lodowiec w oceanie.





Następne w kolejności były The Olgas, Kata Tjuta. Przebyliśmy siedmiokilometrową trasę, częściowo dookoła, częściowo wśród. Pomiędzy największymi kamieniami znajduje się przełęcz Valley of the Wind, znana z tego, że piździ tam nieziemsko bez żadnego powodu.





And last but not least, Kings Canyon. Dla mnie osobiście najciekawsze z tych miejsc, wysokie na ponad 300m urwiska, które obchodzi się dokładnie przy krawędzi (rim walk). Na zdjęciach niestety nie ma nawet śladu tej ogromnej przestrzeni, którą się tam czuje.




czwartek, 14 lipca 2011

Wróciłam z wyprawy spowrotem do Sydney, ale niech mnie jeśli mi się chce robić reportaż.

Idę jutro na Pottera i jest to o wiele bardziej absorbujące.

piątek, 1 lipca 2011

Znikąd


Parę migawek z tego jak wygląda Australia od środka.
Pierwsze to roślinność porastająca wszystkie pustynne tereny. Jeden rodzaj terenu, chaszcze, drzewka, piaski, zazwyczaj ciągnie się setki kilometrów.
Drugie to jedno z wielu wysychających słonych jeziorek. I mówiąc słone, mam na myśli taką ilość soli, że zostaje ona potem grubą białą warstwą.
Trzecie to już jedno z rest areas, rozsianych wzdłuż całej, mającej tysiące kilometrów trasy - Adelaida-Darwin. To środek niczego, a i tak kłębią się tam setki zwykłych, polnych, europejskich (a przynajmniej przywleczonych przez europejczyków) myszy. Podczas spaceru uciekają spod stóp, a w koszach wręcz falują.


Zwiedziłam też dwie kopalnie opali, parę kamieni znalazłam, wspięłam się na Ayers Rock i przekroczyłam granice trzech stanów.